BARSZCZ czyli buraki, jabłka, mailiny, majeranek i wigilijne plany

W tym roku rodzinna wigilia odbędzie się w naszym rogalińskim domu. To już postanowione (choć pomysł nie budzi zachwytu Babci Jadzi). Sporo czasu zostało jeszcze by ustalić szczegółowe menu, zresztą – cóż tu ustalać, nie planujemy większych odstępstw od rodzinnych tradycji. Jedno wiem na pewno – barszcz będzie w tym roku wg przepisu Joanny Jakubiuk, zastępcy szefa kuchni Hotelu Masovia w Giżycku. Barszcz będzie z jabłkami i malinami!

Joasię poznałem kilka tygodni temu na Food Film Fest w Warszawie. W przerwach między projekcjami, umoszczeni w miękkich fotelach kina Kultura rozmawialiśmy o sznyclach ze złotnickiej, patentach na pierogowe ciasto, mazurskich serach ale też o wszechobecnym glutaminianie i gotowych preparatach chemiczno-spożywczych z lubością stosowanych w przerażającej większości restauracji pomiędzy Nysą Łużycką a Bugiem. W formie anegdoty opowiadała Joanna o trudach przekonania nowych podwładnych, że ani koncentrat Winiar ani kostka Knorra nie są potrzebne do przygotowania barszczu, który będzie miął i smak i aromat i kolor.


Kiedy kilka dni temu zabrałem się za przygotowywanie barszczu właśnie (zgodnie z dietetycznymi zaleceniami lekarza wypisującego do domu Agę i kilkudniowego Adama) nie wahałem się ani przez chwilę – po poradę zadzwoniłem do Joasi. Wpatrzony w leżące na blacie buraki słuchałem jej przepisu i szczegółowych wskazówek z coraz bardziej rozdziawioną gębą i coraz większymi oczyma. Drżącą ręką, powoli odłożyłem telefon. -Barszcz będzie… ale dopiero pojutrze – powiedziałem dziewczynom i bez dalszych wyjaśnień ubrałem buty i pojechałem do sklepu po maliny.

To było w miniony piątek. W niedzielę jedliśmy najczerwieńszy, najbardziej aromatyczny i przepełniony smakami barszcz, który w dodatku nie gotował się ani minuty.Barszcz w tym przepisie to… napar.

Joasia zarzekała się, że przepis nie jest jej, tylko Jacka Szczepańskiego u którego terminowała i który przekazał jej tę tajemną recepturę. Na szczęście – pozwoliła ją tu zdradzić. A więc było tak:

Postępując zgodnie z zaleceniami Joasi

buraki (pięć średniej wielkości sztuk) obrałem i pokroiłem w półcentymetrowe półplasterki

dwa spore jabłka razem z gniazdami nasiennymi pokroiłem w ósemki

główkę czosnku przeciąłem na pół w poprzek ząbków

dwie średniej wielkości marchwie obrałem i pokroiłem w talarki

pół dorodnego selera obrałem i pokroiłem w kostkę

wrzuciłem to wszystko do sporego gara i dodałem jeszcze:

sporą garść mrożonych malin,

trzy suszone grzyby (bo jeden to za mało a o tym, że nie wypada w barszcz wrzucać dwóch wie chyba każdy)

łyżkę majeranku

dwie łyżki soku z cytryny

dziesięć ziaren czarnego pieprzu, pięć ziela angielskiego i dwa liście laurowe, łyżeczkę soli

zalałem zimną wodą – tak 2-3 centymetry nad powierzchnię składników i podgrzewałem na średnim ogniu do momentu zagotowania.

Gdy barszcz tylko zawrzał wyłączyłem ogień i wyniosłem gar do piwniczki (a właściwie zimnego pomieszczenia gospodarczego) na 36 godzin. Po tym czasie odcedziłem warzywa. Czysty barszcz po podgrzaniu doprawiłem do smaku solą (bo nic więcej nie było mu trzeba)

Podawałem z uszkami z nadzieniem z suszonych kozaków przyprawianych solą truflową (ale to już inna opowieść), a to co zostało przez kolejne dwa dni piliśmy zagrzane w kubeczkach.

SMACZNEGO!

Advertisements

2 responses to “BARSZCZ czyli buraki, jabłka, mailiny, majeranek i wigilijne plany

  1. no tak, musi co smaczne. wypróbuję!

  2. Robiłam barszcz według tego przepisu i był wspaniały! Bardzo dziękuje za przepis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s