
Nalewki, nalewki, nalewki. Połowa listopada to ten moment by podsumować stan zapasów w domowej piwniczce i nastawić ostatnie gąsiory. Co też tam w tym roku udało się zamknąć w kolorowych flaszach? Czy nie zabraknie?
Nastaw na zielonych włoskich orzechach siekanych w św. Jana czeka jeszcze na rozcieńczenie wódką i swoją porcję karmelu – pomoże zwalczać wielkanocne dolegliwości żołądkowe i wiosenne przeziębienia.
Malinówka pozwoli w mroźnym styczniu przypomnieć sobie zapach i smak lata. W tym roku dodam do niej trochę nalewki na piołunie – pomysł podpatrzony od Andrzeja Baranowskiego, jednego z uczestników konkursu w Poznaniu. Piołun łamie słodycz i dodaje malinówce wspaniałej głębi.
Tegoroczna hyćka – wstyd przyznać – już prawie się kończy, muszę ukryć przed samym sobą ostatnie dwie butelki by starczyło na Boże Narodzenie.
Wiśniówki są dwie – ta na łutówce jakaś słaba, blada. Wiśnie oddały to co miały ale przez deszczowy i pochmurny czerwiec i lipiec do oddania miały niewiele. Na szczęście w sierpniu udało mi się zebrać u Babci Janki w Sulikowie kilogram tych malutkich czarnych wiśni z dziczejących, poniemieckich drzew – czerwień tego nalewu wpada wręcz w granat, gęstość obiecuje rozkoszne przeżycia już za kila miesięcy.
Największy gąsior stał jednak wciąż pusty aż do wczoraj. Największy – bo niezależnie od tego jaka będzie różnorodność i mnogość nalewek, które staną na stole przy okazji rodzinnej uroczystości czy towarzyskiego spotkania, zawsze na końcu wszyscy domagają się jeszcze jednego kieliszeczka pigwówki.
(Tu wtrącenie – mówiąc pigwówka większość nalewkarzy na myśli ma nalewkę na owocach krzewu – pigwowca japońskiego a nie drzewa – pigwy pospolitej. Z tej drugiej też oczywiście można robić nalewki ustępują one jednak smakiem i aromatem nalewom na niewielkich ale esencjonalnych owocach pigwowca.)
Niektórzy ze zbiorem czekają do grudnia a nawet stycznia – podobno gdy mróz zetnie owoce na krzewach są jeszcze bardziej esencjonalne. Ja za pigwówkę zabieram się zazwyczaj zaraz po wszystkich świętych gdy owoce są już dojrzałe i z rumieńcem. Pigwowca od dwóch lat przysyła mi wynaleziony na allegro pan Grzegorz z Jabłonnej k. Lublina. Znając źródło mam pewność, że nie są zbierane przy ruchliwej szosie .W Rogalinie nie dorobiliśmy się jeszcze swoich krzewów, a dobry owoc – „użytek”, jak mówią nalewkarze – to podstawa zacnego trunku.
Przepis na naszą domową pigwówkę – prościusieńki – wyszeptał mi kiedyś niekwestionowany arcymistrz polskich nalewek Hieronim Błażejak. Opublikował go ostatnio w swojej (świetnie napisanej) „Zachęcie do sztuki nalewek” – mogę więc go chyba tutaj zamieścić.
Owoce dokładnie płuczę, kroję w ósemki i wycinam gniazda nasienne. W gąsiorze lub dużym słoju zasypuję je cukrem, biorąc pół kilo cukru na kilogram oczyszczonych owoców. Przez kolejne dni wstrząsam naczyniem czekając aż cukier dokładnie się rozpuści a owoce puszczą sok. Czasem trwa to 3 dni, czasem tydzień. Nie należy dopuścić do tego by syrop zaczął fermentować. Następnie do gąsiora z owocami i syropem dolewam tyle litrów siedemdziesięcio procentowego alkoholu ile kilo owoców trafiło do gąsiora. Po trzech miesiącach zlewam nalewkę z owoców dość mocno je odciskając.
Na tych samych owocach można (wtedy nie odciskałbym) zrobić jeszcze drugi nalew. Ja wolę przesmażyć je aż zmiękną i się skarmelizują. Przechowywane w małych słoikach są świetnym dodatkiem do herbaty lub pieczystego.
SMACZNEGO! A właściwie – NA ZDROWIE!
Pingback: Kulinarne podwęgorzowanie lata | KULINARNY blog Wojtka Lewandowskiego